czwartek, 9 kwietnia 2015

Konferencja "Edukacja 3.0"

Mam zaszczyt poinformować o ogólnopolskiej konferencji, której organizatorką jest moja przyjaciółka dr Joanna Chrzanowska, propagatorka nauczania etyki oraz filozofii w poznańskich szkołach, a także działaczka i organizatorka stowarzyszenia "Akademia Myśli":



Ogólnopolska Konferencja Naukowa EDUKACJA 3.0. Myśl Twórczo – Działaj Innowacyjnie!



Więcej informacji znajdziecie pod tym linkiem:

piątek, 3 kwietnia 2015

Atak szaleńca-piromana zainspirowanego "Podziemnym miastem" czy może Podziemne Miasto znów daje o sobie znać...

Niedługo po ukazaniu się "Podziemnego miasta" dotarły do mnie niepokojące wieści... w podziemiach MRU pojawił się ogień. Przeczytać o tym można w "Głosie Międzyrzecza i Skwierzyny". "W podziemiach MRU odnaleziono martwe nietoperze. Wyglądają jakby były podpalone. Sprawę wyjaśnia policja i służby weterynaryjne". Wzmianka pojawiła się też w Gazecie Lubuskiej:
http://www.gazetalubuska.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20150403/POWIAT08/150409801

niedziela, 1 marca 2015

Bezpieczeństwo i strach - "Pechowy dzień"

Byłem niedawno na wykładzie z zakresu pedagogiki opiekuńczo - wychowawczej. Padło na nim pewne bardzo ciekawe zdanie: "Poczucie bezpieczeństwa dziecka powstaje w obliczu zagrożenia". 
Dość paradoksalne i kontrowersyjne stwierdzenie... zazwyczaj współczesnemu rodzicowi wydaje się, że im bardziej będzie chronił dziecko przed wiedzą o rozmaitych zagrożeniach - tym bardziej będzie ono czuło się bezpieczne. 

Wielu rodziców z ulgą konstatuje, że wreszcie minęły straszne czasy w których dzieci były wręcz dręczone przez opowieści o Czarnej Wołdze, obcych zabierających dzieci, złych wiedźmach i podstępnych wilkach. Nasi rodzice, dziadowie i pradziadowie z zapamiętaniem straszyli dzieci. "Uważaj. bo pan cię zabierze!", "Nie chodź sam nad jezioro bo cię wiedźma złapie!' itd. itp. 

Czyżby oni wszyscy byli po prostu sadystami i napawali się naszym strachem?

"Poczucie bezpieczeństwa dziecka powstaje w obliczu zagrożenia". 

No tak - bo przecież jeśli jest zagrożenie, to dziecko biegnie do mamy. Mama (dorosły) jest mu potrzebny. Jeśli w ogóle nie ma doświadczenia lęku, to i nie będzie doświadczenia bezpieczeństwa jakie daje bliska osoba. Strachy spełniały bardzo ważną funkcję wychowawczą - zapobiegały by dzieci narażały się na zagrożenia. Bo przecież świat wcale nie jest jedynie kolorowym, przyjaznym miejscem. I warto to dziecku pomału uświadamiać. Dzięki temu zrozumie, że osoby zapewniające mu bezpieczeństwo są ważne i potrzebne. 

A tymczasem wrzucam krótki tekścik "Pechowy dzień". W naszej szkole systematycznie przeprowadzamy z dziećmi pogadanki na temat bezpieczeństwa, przy współudziale straży miejskiej. Myślę również, że nie będzie błędem poruszenie takiego tematu na zajęciach z etyki, w szkole podstawowej. Można "podpiąć" to zagadnienie pod odpowiedzialność za siebie i innych. 
Jeśli uznacie, że tekst jest fajny, możecie wykorzystać go na swoich zajęciach. 


Pechowy dzień

Zosia ma już dziewięć lat i bardzo chciałaby sama chodzić do szkoły oraz wracać do domu. Nie jest już przecież taką znowu małą dziewczynką! Po pierwsze nie bawi się już lalkami, no może tylko trochę, ale głównie kucykami. Tak jak starsze koleżanki. Po drugie umawia się ze swoimi przyjaciółkami na ploteczki. Spotykają się w umówionym miejscu i opowiadają sobie różne historyjki. Zupełnie tak, jak mama i jej koleżanki. Po trzecie, w świetlicy szkolnej bardzo często prowadzone są zajęcia o bezpieczeństwie. Zosia była na nich chyba już z tysiąc pięćset razy, a przynajmniej tak jej się wydaje. Ciągle tylko to bezpieczeństwo i bezpieczeństwo… w kółko to samo.  Wie już na ten temat wszystko. Zosia zaczyna podejrzewać, że dorośli chyba są w jakiejś zmowie i uwzięli się, żeby ciągle wałkować ten sam temat. Zosia uważa, że dorośli, tacy jak na przykład rodzice albo panie ze świetlicy - lubią przesadzać i wyolbrzymiają różne niebezpieczeństwa. 

Ciągle tylko „uważaj jak przechodzisz przez drogę”, „uważaj na światłach”, „ubierz się ciepło”, „nie biegnij”. Komu chciałoby się tego słuchać? Zosia dobrze pamięta, że już cztery razy przeszła drogę od swojego domu do szkoły prawie zupełnie sama. Prawie zupełnie sama, bo mama szła za nią w odległości jakichś dwudziestu kroków. I wiecie co? Nic się złego nie stało. A przecież, jeśli do tej pory nic złego się nie stało, to – najwyraźniej – po prostu nie może się stać. Tym bardziej że Ewa, dziewczynka z jej klasy, wraca sama do domu już od roku. Ewa jest z tego bardzo dumna, a Zosia czerwienieje z zazdrości za każdym razem, kiedy Ewa bez pytania kogokolwiek o zgodę może sama wyjść ze szkoły. Ewa często pokazuje wtedy Zosi język i mówi: „Zosia, Zosia, beksa lala. Mama tobie nie pozwala!”. Zosia wtedy nawet czasem wybucha płaczem i chce wybiec ze szkoły a potem popędzić prosto do domu, chociaż nie wolno jej tego robić, żeby tylko pokazać tej przemądrzałej Ewie, że wcale nie jest beksą, ani lalą, ale całkiem dużą, prawie dorosłą dziewczynką.

Kilka dni temu jednak coś się zmieniło. Mama uroczystym tonem oznajmiła: „Będziesz mogła sama wrócić ze szkoły. Zmieniły się godziny mojej pracy i ani tata, ani ja nie damy rady po ciebie przyjść. Podpisałam już wszystkie możliwe zgody. Tylko proszę cię bardzo, uważaj na siebie!”.
Zosia  usłyszała z tego wszystkiego tylko: „Będziesz mogła sama wrócić ze szkoły”. Wreszcie pokaże Ewie, że też jest już duża!
Wierzcie lub nie, ale nazajutrz od samego rana zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Coś, co dorośli nazywają pechem. Rano mama w łazience stłukła lusterko, które rozsypało się w drobny mak. Z półki pospadały wszystkie książki, chociaż były ułożone bardzo równo i nikt ich nie dotykał. Zaciął się zamek w drzwiach. „Dziwne, dziwne” – powtarzała tylko mama – „co za pech, co za pech!”.
Po drodze do szkoły mamie urwał się pasek od torebki, wszystkie rzeczy wysypały się na chodnik i trzeba było je zbierać. Zosi rozwiązały się sznurówki i wywaliła się jak długa na chodniku. Na szczęście nic jej się nie stało. „Co za pech, co za pech” – powtarzała tylko coraz bardziej zaniepokojona mama.
W końcu dotarły do szkoły. „Nie jestem przesądna, i nie wierzę w pecha nic a nic” – oznajmiła mama – „Ale błagam cię, uważaj na siebie kiedy będziesz wracała ze szkoły, bo dziś jest pechowy dzień”.
Zosia dostała od mamy buziaka, wpadła do szkoły i zapomniała o pechu. Nie mogła doczekać się aż miną lekcje i wróci sama do domu. Wreszcie zadzwonił dzwonek na koniec ostatniej lekcji. Zosia ubrała się i wypadła przed szkołę. Zaczaiła się na Ewę. W końcu zobaczyła ją jak wychodzi ze szkoły.
- Ewa, Ewa! – Zawołała – teraz ja też wracam sama do domu! 
Pokazała Ewie język i popędziła przed siebie. Ewa oczywiście ruszyła za nią w pogoń, wrzeszcząc niemiłosiernie. Zosia biegła przebierając pracowicie nogami. Nagle – co za pech! Poślizgnęła się na lodzie i wylądowała na pupie. Ponieważ jednak teren w tym miejscu był pochyły, Zosia nie mogła się zatrzymać, ale jechała dalej, na dół, gubiąc po drodze tornister, czapkę i rękawiczki. Co za pech!
Nagle usłyszała głośny dźwięk klaksonu i wtedy dopiero oprzytomniała. Do tej chwili wydawało jej się, że to wszystko to po prostu fajna zabawa. Usłyszała pisk hamulców samochodu.

- Dziecko! Co ty wyprawiasz! – Zawołał jakiś mężczyzna wysiadając z auta.
Nagle Zosia zrozumiała co się stało. Zajęta uciekaniem przed Ewą przewróciła się i zjechała po stromej skarpie niemal wprost pod nadjeżdżający samochód. Gdyby kierowca nie zdążył zahamować, wpadłaby wprost pod koła!
 - Nic ci się nie stało, dziewczynko? – Zapytał kierowca samochodu. Był bardzo wysoki i miał na sobie długi, czarny płaszcz.
- Nie, nic… - Odparła Zosia, wstając i rozcierając sobie pewną bolącą ją tylną część ciała.
- Mało brakowało, a doszłoby do bardzo poważnego wypadku – powiedział nieznajomy pan. – Wiesz co, odwiozę cię do domu. Nie mogę pozwolić, by takiej miłej dziewczynce stała się jakaś krzywda.
Zosia zauważyła, że całej sytuacji przygląda się Ewa. Nagle pomysł z podwiezieniem przez miłego pana wydał się Zosi bardzo fajny. Zauważyła, że ten pan miał bardzo fajny samochód. Ewa zobaczy, jak ona wsiada do auta i na pewno pomyśli, że przyjechał po nią specjalnie jakiś bogaty wujek. To ci dopiero będzie zazdrosna!
- Zosia – Zawołała nagle Ewa – wracaj!
No tak, pomyślała Zosia. Ewa już robi się zazdrosna. Ja pojadę do domu autem, a ona jak zwykle będzie musiała wracać do domu na piechotę. Pokazała więc tylko Ewie w odpowiedzi język.
- Po mnie przyjeżdżają samochodem! A ty wracaj do domu na piechotę! – Zawołała.
Ewa nic nie odpowiedziała. Zosia szybko pozbierała swoje rzeczy i wsiadła do auta z miłym panem w czarnym płaszczu. Pan uśmiechnął się tajemniczo i zablokował drzwi.

- Jestem przyjacielem twojej mamy – wyjaśnił.
- Naprawdę? – Zdziwiła się Zosia – Nigdy wcześniej pana nawet nie widziałam.
- To nic nie szkodzi – odparł – ale ja ciebie znam i twoją mamę też.
Samochód ruszył z piskiem opon. Nagle Zosi przyszło coś do głowy.
- Skąd pan wie, gdzie mieszkam? – Zapytała zdziwiona.
- Och, nie bądź niemądra – uśmiechnął się nieznajomy człowiek – skoro jestem przyjacielem twojej mamy, to przecież muszę wiedzieć takie rzeczy, no nie?

No tak, oczywiście, pomyślała Zosia.
Tylko, kłopot w tym, że Zosia przecież wiedziała gdzie mieszka, a ten pan jechał w zupełnie inną stronę.

 - Musi pan jechać w przeciwną stronę – Powiedziała Zosia – jedzie pan chyba źle.
- Nie ucz mnie, jak mam jechać – warknął nagle mężczyzna – wiem to lepiej od ciebie. Najpierw zabiorę cię na lody, jasne?
- Ale ja nie chcę jechać na lody! – Zosia nagle bardzo się przestraszyła. Było to takie uczucie, jakby ktoś wylał jej za kołnierz wiadro zimnej wody. Zrozumiała swój błąd. Dopiero teraz zdała sobie sprawę ze swojej sytuacji. Była zamknięta w jadącym samochodzie, z obcym panem, który wcale, ale to wcale, nie wiózł jej do domu. Nie mogła wysiąść, ani uciec. Wiele by dała teraz, by znaleźć się w bezpiecznej świetlicy, razem z innymi dziećmi. Dałaby wszystko, by była z nią mama.

- Proszę – zaczęła cichutkim głosem – proszę, niech pan mnie wypuści. Ja… ja nikomu nic nie powiem.
- Zamknij się! – wrzasnął obcy mężczyzna i jeszcze bardziej przyspieszył – chciałem zabrać cię na lody, ale jesteś bardzo niegrzeczna. Pojedziemy do mnie do domu. Tam pokażę ci różne rzeczy, które na pewno ci się spodobają. Powinny ci się spodobać, bo inaczej… a potem zadzwonimy do twojej mamy. Coś za coś. Oddam cię, ale nie za darmo. Albo… nie oddam cię nigdy. Zobaczymy, na co będę miał ochotę. Teraz jesteś tylko moja i mogę zrobić z tobą wszystko, co tylko przyjdzie mi do głowy.

Zosia była zbyt przestraszona, żeby cokolwiek powiedzieć. Mogła tylko myśleć, a i to z trudem. Pomyślała wtedy – "wszystkiemu winien jest pech. Gdybym się nie przewróciła - nie wpadłabym pod ten samochód. Pechowy dzień, wszystko od samego rana było pechowe".

Jechali tak już dość długo, opuścili miasto i teraz za szybami samochodu ciągnął się ciemny, ponury las. Mężczyzna zerkał od czasu do czasu na Zosię i nawet lekko się uśmiechał, ale dziewczynka była już na tyle duża by domyślić się, że nie jest to życzliwy uśmiech i że nie wróży on niczego dobrego. 

- Co za pech! – syknął nagle przez zęby obcy mężczyzna.

Zosia zerknęła na niego z przestrachem i zdziwieniem. Spojrzała przez przednią szybę auta. Drogę zajechał im policyjny radiowóz z migającymi na niebiesko światłami. Porywacz błyskawicznie zatrzymał auto, otworzył drzwiczki i popędził w stronę pobliskiego lasu. Policjanci rzucili się za nim w pogoń.

***

Kiedy Zosia wróciła bezpiecznie do domu zdała sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze - jeśli dzień jest pechowy, to jest szansa, że pecha mają wszyscy, także źli ludzie, a nie tylko ona, i że pech dla jednego może być szczęściem dla kogoś innego. Po drugie dowiedziała się, że to Ewie zawdzięcza ocalenie, bo właśnie Ewa postanowiła jak najszybciej pobiec co domu i opowiedzieć babci o dziwnym wujku, który pojawił się nie wiadomo skąd i zabrał ze sobą Zosię. Babcia Ewy zatelefonowała do mamy Zosi, a ta od razu zorientowała się, że stało się coś złego i powiadomiła policję. Tylko dlatego udało się w porę zatrzymać porywacza. Od tej pory Ewa i Zosia zostały przyjaciółkami.

Następnego dnia w szkole pani wychowawczyni powiedziała: "ustaliłam z rodzicami, że przez pewien czas nie będziecie mogli sami wracać do domu. Zgłosiło się kilkoro rodziców, którzy na ochotnika będą odprowadzali uczniów i uczennice młodszych klas do domów. Dotyczy to uczniów, których rodzice pracują  i nie mogą odebrać swoich dzieci ze świetlicy w wyznaczonych godzinach".

Zosia cały czas miała w pamięci swoją straszną przygodę i zastanawiała się, co oznacza tajemnicze zarządzenie pani wychowawczyni. Dopiero wieczorem, zupełnie przypadkiem, posłyszała cichą rozmowę rodziców. Było coś, o czym nie wiedziała i o czym rodzice jej nie powiedzieli. W czasie policyjnej akcji porywaczowi udało się uciec do lasu i zgubić pogoń. Cały czas więc przebywa na wolności. A skoro tak, istnieje możliwość, że kiedyś, może całkiem niedługo, ten człowiek pojawi się znów niedaleko szkoły. Być może waszej.

Pytania do tekstu:
1.      Dlaczego Zosia bardzo chciała wracać sama do domu?
2.      Czy Ewa i Zosia wychodząc ze szkoły zachowywały się ostrożnie? Co mogły zrobić dziewczynki zamiast wzajemnego przezywania się i gonienia?
3.      Co przytrafiło się Zosi?
4.      Czy Zosia postąpiła dobrze, wsiadając do auta z nieznajomym? Co ty zrobiłbyś w tej sytuacji?
5.      Czy łatwo jest odmówić obcej, dorosłej osobie?
6.      W jaki sposób Ewa pomogła swojej koleżance z klasy?
7.      Jak myślisz, co wzbudziło podejrzenia Ewy?
8.      Dlaczego Zosi nic się nie stało?
9.      Dlaczego pani wychowawczyni zarządziła, żeby wszystkie dzieci przez pewien czas wracały pod opieką dorosłych?




poniedziałek, 5 stycznia 2015

Ważny problem w nauczaniu etyki - interesujący artykuł

Od dawna poruszam na blogu temat utrudnień z jakimi spotyka się nauczanie etyki w polskim szkolnictwie. Jednym z największych jest brak podręczników. Podręcznikiem jakim dysponuje cała podstawówka jest książka Marka Gorczyka "Chcemy być lepsi", dedykowana dla klas I-III. W praktyce jest on niewystarczający. Nie można używać wciąż, co roku, tego samego podręcznika dla wszystkich klas. Uczniowie już w drugim roku znają go dobrze i nie można wciąż czytać tych samych tekstów. 

Próbuje się ten temat tuszować, odwołując się do "inwencji twórczej" samych nauczycieli etyki. Dlaczego jednak tylko oni mają być zdani na swoją "inwencję"? Dlaczego takiej samej, bezpodręcznikowej inwencji nie oczekuje się od nauczycieli innych przedmiotów?

Brak podręcznika odbija się negatywnie na ogólnej ocenie przedmiotu. W powszechnym mniemaniu bowiem podręcznik do prowadzenia lekcji powinien być. Nie tylko po to, by dzieci i nauczyciel mogli z niego korzystać, ale również po to, by rodzice dowiadywali się jakie tematy obowiązują na etyce. 

Swoistą hipokryzją jest fakt, że książki zarówno do nauki religii jak i etyki nie są w żaden sposób dotowane przez Ministerstwo, jako że obydwa przedmioty zostały uznane za dodatkowe. Wiadomo, że w przypadku etyki jest to "cios w samo serce", bowiem nie ma żadnych źródeł z których opracowanie, wydanie i rozpowszechnianie takich podręczników mogłoby być dotowane. Wiadomo, że bez pieniędzy nie uda się zrobić atrakcyjnego podręcznika. Aby taki przygotować potrzebna jest pomoc dobrych grafików oraz konsultacje metodyczne i środki na samą publikację. Piszę oczywiście o podręczniku na dobrym poziomie, z ilustracjami, zadaniami, ćwiczeniami, a być może nawet dodatkami multimedialnymi (na przykład ze scenkami sytuacyjnymi). Musiałaby to być książka przewidująca korzystanie z niej nawet przez kilka lat z rzędu, przez wszystkie roczniki danej grupy edukacyjnej. 



Zachęcam do przeczytania artykułu na ten temat w "Gazecie Wyborczej":

piątek, 2 stycznia 2015

Kontrowersyjny temat w szkole średniej

Jak być może niektórzy wiedzą, przez pewien czas prowadziłem zajęcia z etyki w szkole średniej. Obecnie z powodu sporej ilości godzin w mojej obecnej szkole musiałem niestety z nich zrezygnować. 

Czasem wracam do tamtego pouczającego doświadczenia i dzisiaj chciałem podzielić się z Wami przemyśleniami w pewnej kwestii. Przypominam sobie jedne z pierwszych zajęć, kiedy wciąż dochodzili nowi uczniowie. Wielu z nich nie miało pojęcia czym zajmuje się etyka lub filozofia. 
Nie było wcale łatwo to wyjaśnić. Owszem - można zawsze podawać definicje z różnych książek. Na przykład "systematyczna, krytyczna refleksja nad bytem, poznaniem i działaniem". Lecz co takie wyjaśnienie mówi przeciętnemu szesnasto-, siedemnastolatkowi? Chyba jednak niewiele. Nie bez przyczyny pewien profesor powiedział kiedyś, że pytanie "czym jest filozofia?" samo w sobie jest problemem filozoficznym. 

Niemniej nie o tym chciałem dziś przede wszystkim napisać. Wyobraźcie sobie, że na zajęciach pojawiła się grupa dziewcząt, które ze wszystkich sił pragnęły dowiedzieć się czegoś o opętaniu. Tak właśnie - o opętaniu. Muszę tutaj zaznaczyć, że w tych pierwszych dniach owe uczennice nie miały pojęcia, że w moim skromnym dorobku znajdują się także książki grozy. Grozę traktuję czysto hobbystycznie i NIGDY nie przenoszę tej sfery swoich zainteresowań na pracę w szkole. Nigdy nie rozmawiam też o moich książkach w szkole, wychodząc z założenia, że są one przeznaczone (piszę o powieściach grozy) - dla dorosłego czytelnika. 

Tak czy siak pytanie pojawiło się. Oczywiście, w takich sytuacjach można schować głowę w piasek i odpowiedzieć, że program z etyki lub filozofii nie przewiduje takich zagadnień. Ale - każdy kto pracował z młodzieżą wie, że odpowiadając w ten sposób traci się autorytet i wychodzi na "sztywniaka". Młodzi ludzie zadają jakieś, w ich mniemaniu filozoficzne pytanie, a prowadzący nawet nie próbuje się do niego odnieść.

Mało tego, wyczułem, że z jakiegoś powodu (to samo w sobie jest już ciekawe) to zagadnienie bardzo interesuje wiele osób. Sporo uczniów szkoły średniej podchodzi do tematu niezwykle poważnie. Pytanie czy stoją za tym jakieś filmy, czy też może lekcje na których wiele się na ten temat opowiada (mówiąc wprost - straszy się, lub ktoś może powie "ostrzega") - pozostawię bez odpowiedzi. 

Postanowiłem odnieść się do tematu z czysto filozoficznego punktu widzenia i miałem wrażenie, że niektóre osoby lekko rozczarowałem. Spodziewano się po mnie chyba jakichś mrożących krew w żyłach szczegółów, kolejnych opowieści, przestróg, grożenia palcem, itp. 

Oczywiście nic takiego nie nastąpiło. Wyjaśniłem, że podobne zagadnienia wymagają wielkiej ostrożności w podejmowaniu jakichkolwiek sądów. Że większość takich przypadków to po prostu choroby psychiczne, a także niezłe pole do popisu dla... rozmaitych szarlatanów. No i oczywiście - że mamy do czynienia tylko i wyłącznie z hipotezami, które w żaden sposób nie zostały przez współczesną naukę potwierdzone. Często za podobnymi "historiami" kryją się prozaiczne motywy - takie jak chęć umocnienia wiary w zabobony, pragnienie zwrócenia na siebie uwagi, chęć przydania rangi sobie samemu jako "obrońcy przed złem" itp. itd. Wreszcie warto podkreślić "psychologiczną atrakcyjność" wiary w istnienie podobnych zdarzeń. Można bowiem w ten sposób - działaniem jakiejś "mrocznej siły" - usprawiedliwiać zło jakiego ludzie potrafią się dopuszczać.

Od wieków źródłem wielu podobnych opowieści była również ówczesna niemożliwość wyjaśnienia pewnych zdarzeń. Dlatego też uważano na przykład, nie wiedząc o istnieniu bakterii, że przyczyną choroby są grzechy lub działanie jakichś nieprzychylnych ludziom duchowych sił. To przekonanie występowało i występuje nadal w wielu kulturach, ale jego "moc" zmniejsza się wraz z rozwojem naszej wiedzy o świecie.

Nudne wyjaśnienie? Na pewno nudniejsze i mniej "ekranowe", niż wrzeszcząca i unosząca się pod sufitem nastolatka. (Notabene - większość młodzieży bezkrytycznie odnosi się do napisów typu "oparte na faktach").

Oczywiście, starając się patrzeć na temat możliwie obiektywnie nie postawiłem ostatecznej kropki nad "i". Otaczający nas świat nadal kryje wiele tajemnic i z pewnością nie każde zjawisko uda nam się wyjaśnić naukowo, co nie oznacza wcale, że jest ono niemożliwe do naukowego wyjaśnienia w przyszłości. Człowiek pragnie cudów i niezwykłości, ale często warto pohamować w sobie to pragnienie, nawet po to, by móc zobaczyć tą niezwykłość tam, gdzie  - być może - występuje ona w rzeczywistości. 

Jestem ciekaw, czy Wam (osobom, które pracują w szkołach) też przytrafiały się podobne, zaskakujące pytania...

Marcin Dolecki "Jeden z możliwych światów"







              Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o książce pana Marcina pomyślałem, że ktoś próbuje na polskim gruncie powtórzyć światowy sukces „Świata Zofii” J. Gaardera. Oczywiście pesymistycznie uznałem, że to nie może się udać. Polacy czytają ogólnie rzecz biorąc tytuły, które są popularne za granicą, a nie odwrotnie. Poza tym u nas w szkołach nie ma filozofii, więc zapewne mało kto sięgnąłby po taką książkę na sklepowej półce. Dla całych pokoleń Polaków jest to po prostu strata czasu. Tak zostaliśmy wychowani. Znacznie większą popularnością cieszą się książki o gotowaniu, ponieważ bardziej przydają się na co dzień. Od dawna wpajano nam "pragmatyzm", skupienie na "codziennych sprawach", jako że rzecz oczywista - głębsza refleksja może być niebezpieczna dla każdego, kto chce sprawować władzę nad innymi. U  nas  „Światowi Zofii” względną nośność i reklamę zapewnił status „światowego bestsellera”. Tylko dlatego w Polsce książka nieźle się sprzedała. Spodziewałem się czegoś podobnego - grubej powieści napisanej przez Polaka, gdzie w fabułę wplecione są najbardziej znane teorie filozoficzne. 

              Otrzymałem od listonosza książkę liczącą sobie niecałe 160 stron. Jednak już od pierwszych akapitów zaczęło narastać we mnie zaciekawienie. Okazało się, że „Jeden z możliwych światów” to książka zupełnie inna niż „Świat Zofii” i autor wcale nie miał zamiaru podążać utartymi szlakami.

        Z jakiegoś powodu mam silne przeczucie, że większość redaktorów ze znanych wydawnictw odrzuciłoby tę książkę jako niezdatną do publikacji lub możliwą do opublikowania po dużych przeróbkach. Mam wrażenie, że po prostu nie załapaliby, o co w tej książce chodzi. Dlatego, że – takich książek się w Polsce prawie się nie publikuje, aż wreszcie zrobił to Marcin Dolecki.

       Już od pierwszych stron zorientowałem się, że mam do czynienia z opowieścią w stylu „Małego Księcia”. Symboliczne postacie głównych bohaterów sprawiają wrażenie „niedopracowanych”. Jest to oczywiście zabieg celowy, tak jak we wszystkich tego typu książkach. Nie ma tu zbyt wiele miejsca na konstruowanie świata od podstaw, monotonne budowanie fabuły i wyjaśnianie wszystkich szczegółów. Pamiętacie „Małego Księcia”? Autor nie wytłumaczył na przykład w jaki sposób Mały Książę porusza się w przestrzeni kosmicznej bez skafandra, nie objaśnił też, skąd bierze żywność Pijak żyjący na swojej planecie, ani kim są jego rodzice… (już widzę te krytyczne znaki zapytania postawione na marginesach przez doprowadzonego do szewskiej pasji redaktora) Sięgając więc po „Jeden z możliwych światów” nie spodziewajmy się klasycznej powieści z gatunku fantastyki. Mamy do czynienia raczej z przypowieścią w której najważniejsze jest przesłanie. 

Akcja rozgrywa się w totalitarnym państwie rządzonym przez imperatora „troszczącego się o szczęście swoich dzieci”. Głównym bohaterem jest Filip, wrażliwy i zadający wiele pytań młody człowiek. Marzyciel zainteresowany astronomią i lubiący wpatrywać się przez teleskop w odległe gwiazdy, być może w poszukiwaniu innych światów niż ten, w którym wypadło mu żyć. Jego rodzice zostali uwięzieni przez tyrana. Wydaje się, że Filip jest jednym z niewielu, którzy nie zatracili jeszcze wiary w sens myślenia i zadawania pytań. Reszta społeczeństwa wtopiła się w swoje zwykłe, codzienne role i stara się być jak najmniej widoczna, by uniknąć kłopotów. W tym sensie opowieść pana Doleckiego jest zawsze aktualna.

Postać Filipa jest dobrze skonstruowana. Jest on jakby pierwowzorem tych wszystkich młodych, zbuntowanych ludzi, którzy zastanawiają się nad życiem, zanim codzienność dojrzałości wtłoczy ich w swoje tryby.

Filip poznaje piękną Julię. Niestety także oni od pierwszych kart książki zmuszeni są do ucieczki przed aresztowaniem. Akcja staje się wartka i ma w sobie coś z powieści sensacyjnej. Ucieczka bohaterów przybiera jednak bardzo zaskakujący obrót… odnajdują bowiem niezwykły artefakt umożliwiający przenoszenie się w czasie i przestrzeni oraz… spotkanie z największymi myślicielami ludzkości jak święty Augustyn, Kartezjusz a nawet… Richard Dawkins. Każdy z nich przedstawia bohaterom własną filozofię i swoją wizję świata.

Nie będę oczywiście zdradzał zakończenia, ale w całej powieści widać inspirację znanym mitem o jaskini platońskiej. Czyżby „ucieczkę” również należało rozumieć w sensie metaforycznym? W przypowieści Platona tylko jeden spośród „niewolników” ucieka. Reszta żyje swoimi złudzeniami i trwa w świecie, który chociaż jest straszny – to wydaje się znany i bezpieczny. Niewolnicy złudzeń nie znają „światła” prawdy i dobra. Tylko jeden człowiek decyduje się na opuszczenie jaskini i – podobnie jak Filip  w opowieści pana Doleckiego – udaje się w pełną przygód i niebezpieczeństw wędrówkę. W „Jednym z możliwych światów” ta wędrówka to spotkanie z filozofią i jej najbardziej znanymi myślicielami.

No cóż, w tym momencie warto przytoczyć słowa Bertranda Russella:
Człowiek, któremu obcy jest posmak filozofowania przechodzi przez życie jako więzień przesądów przejętych ze zdrowego rozsądku, z obiegowych wierzeń jego epoki i narodu, a także z przekonań, które rozwinęły się w jego umyśle bez starannych dociekań czy też wynikającej z nich aprobaty.

                Zachęcam do sięgnięcia po „Jeden z możliwych światów”. Jest napisana przystępnym językiem, a dzięki warstwie fabularnej czyta się ją po prostu dobrze. Nadaje się dla młodzieży i dorosłych. Symboliczny charakter opowieści sprawia, że można wracać do niej wiele razy i pokusić się o własną interpretację. Mam nadzieję, że przyjdą takie czasy, gdy książka pana Marcina wejdzie do kanonu szkolnych lektur. Z pewnością na to zasługuje.

                 

sobota, 20 grudnia 2014

Zapowiedź nowej książki "Podziemne miasto"

Zbliżają się święta, więc można na chwilę odpocząć od tematyki szkolnej i zapowiedzieć nową książkę. Planowana premiera przypada na przełom lutego i marca przyszłego roku. 

Będzie to powieść grozy, której akcja rozgrywa się w Polsce, w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Miejsce - baza wojsk radzieckich w Kęszycy Leśnej, gdzie w czasie wojny znajdował się niemiecki garnizon. 

Pisząc książkę sam zadawałem sobie pytanie, jak wiele jest w niej mojej własnej wyobraźni a ile historycznych faktów. Fabuła oparta jest na lokalnej legendzie mówiącej o istnieniu podziemnego miasta oraz metra zbudowanego przez hitlerowców. Nawiązuje ona jednak do rzeczywistych i dość zagadkowych tematów takich jak hitlerowskie mauzolea, fascynacja Himmlera wiedzą tajemną, poszukiwania "czegoś" w Indiach, a także dziwne zainteresowanie tajnych nazistowskich stowarzyszeń treścią starożytnych hinduskich pism. Notabene nawet sama wizyta Hindusów w garnizonie jest faktem. 

Podziemia Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego, czyli Umocnionego Łuku Odry i Warty nadal kryją wiele tajemnic. Część bunkrów jest już dobrze zbadana i organizuje się w nich nawet wycieczki dla turystów. Gdybyśmy zapytali historyków i badaczy większość zapewne zaprzeczyłaby istnieniu podziemnego miasta. Niemniej ludzie w okolicy wiedzą swoje i z tych pogłosek wziął początek pomysł na książkę. 

Zgodnie z legendami podziemne miasto miało być czymś znacznie więcej, niż kryjówką dla żołnierzy. Miało znajdować się tam coś niezwykle cennego. W książce zagadką interesuje się KGB, a dwaj polscy oficerowie trochę mimo woli zostają w całą sprawę wplątani. 


niedziela, 19 października 2014

Lekcje etyki nie muszą być nastawione przeciw religii

Serdecznie zapraszam do przeczytania wywiadu z moją przyjaciółką dr Joanną Chrzanowską, którego udzieliła dla Gazety Wyborczej. Brawo Asiu, od zawsze uważałem, że sprowadzanie lekcji etyki lub filozofii do "antykatechezy"wynika z dużego nieporozumienia i jest zwyczajnie dla tych przedmiotów krzywdzące. 



sobota, 18 października 2014

Uniwersalny temat

W życiu  nauczyciela etyki przychodzi taki moment, w którym brakuje pomysłu na lekcję. Nauczyciel każdego innego przedmiotu ma w takich okolicznościach ułatwione zadanie. Poleca bowiem uczniom wyciągnięcie podręcznika, przygotowanego dla danej klasy i otwarcie go na... następnym temacie.
W przypadku etyki nie jest tak łatwo. Uczniowie uczęszczający na etykę przez kilka lat bardzo dobrze znają już obowiązujący w klasach 1-3 podręcznik Pana Marka Gorczyka.
Wtedy przydaje się jeden z "uniwersalnych tematów", któremu zawsze można nadać nowe wcielenie, nowy kierunek.
Takim tematem jest lekcja o bohaterach.
Poniżej podaję przykładowy tekst. Możecie go zmodyfikować wedle uznania, ponieważ porusza aż DWA wątki. Pierwszym z nich i głównym jest temat bohaterstwa. Drugim, w tym przypadku pobocznym - godność dziecka. Ja upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu, ale Wy możecie te kwestie rozdzielić od siebie modyfikując nieco tekst.


Supermen

Pewnego razu na lekcji pani zapytała nas, kim są nasi rodzice. Każdy musiał wstać i głośno o tym opowiedzieć. Osobiście uważam, że to strasznie głupie. Joasia wstała i powiedziała, że mieszka tylko z mamą. Pani bardzo się zdziwiła i chciała koniecznie  się dowiedzieć, dlaczego nie z tatą, babcią i dziadkiem. Wtedy Joasia zrobiła bardzo smutną minę. Naszej pani wychowawczyni chyba zrobiło się trochę głupio, bo dała wreszcie Joasi spokój.
Później jednak wstał Staszek i powiedział coś, co wprawiło nas w osłupienie. Stwierdził z przekonaniem, że jego tata jest Supermenem. Pani na początku robiła dobrą minę do złej gry.
- No, Staszek, fajny żart, ale powiedz wreszcie prawdę! – powiedziała.
- Mówię najprawdziwszą prawdę – odparł Staszek.
- No to zobaczymy! – Nasza wychowawczyni nie lubiła dawać za wygraną. – Zapraszam twojego tatę na następne zajęcia. Niech pokaże nam te swoje super-moce, zaprezentuje jak lata po klasie i przecina laserem, który ma w oczach -nawet najtwardszą stal.
Nasza pani najwyraźniej widziała co najmniej jeden film o Supermenie.
Na następną lekcję czekaliśmy w wielkim napięciu. Niby nikt nie wierzył w tajemnicze słowa Staszka, ale przecież… nigdy nie wiadomo. A jeśli… tata Staszka rzeczywiście okaże się Supermenem? Wleci do klasy i pokaże nam swoje super-zdolności?
Następnego dnia wszyscy siedzieli jak na szpilkach. Nagle drzwi się otworzyły.
- Tata! – Zawołał Staszek.
Wszyscy jak jeden mąż spojrzeliśmy w stronę drzwi. Stał tam niewysoki, lekko już łysiejący człowiek w średnim wieku. Na głowie miał kask i ubrany był w mundur z dużym, odblaskowym napisem „STRAŻ”. 
- No i gdzie ten Supermen? – zawołał jeden z moich klasowych kolegów, Jacek.
Pani jednak nic nie powiedziała, tylko otworzyła ze zdziwienia usta. Potem skinęła lekko głową, co chyba miała oznaczać „proszę, niech pan mówi”.

Tata Staszka pokazał nam swój hełm i specjalny toporek. Zaczął opowiadać o tym, jak wstąpił do straży pożarnej, bo chciał pomagać innym ludziom. Mówił o trudnych akcjach, kiedy trzeba było ratować ludzi z pożarów, poszukiwać zaginionych osób, a także pomagać ofiarom różnych wypadków. Na koniec opowiedział nam trochę zabawną historyjkę, kiedy razem z kolegami musiał ściągać z drzewa małego kotka, który najwyraźniej bał się samemu zejść na dół. Kotkowi oczywiście nic się nie stało i bezpiecznie wrócił do swojej zachwyconej właścicielki.
Nigdy tego wcześniej nie robiliśmy, ale na zakończenie wszyscy zaczęli bić brawo. Ojciec Staszka lekko się zarumienił.
Potem w klasie zapadła cisza. Wszyscy spojrzeliśmy wyczekująco na naszą panią wychowawczynię. Nie wiadomo dlaczego wyglądała, jakby czegoś się wstydziła.
- Dziękuję tacie Staszka – powiedziała – to, co nam opowiedział, było bardzo ciekawe. Muszę powiedzieć, że Staszek miał rację, jego tata rzeczywiście jest Supermenem. Każdy, kto potrafi pomagać innym w potrzebie może nim być. I jeszcze jedno. Kiedy następnym razem będziemy opowiadać o rodzinie, chciałabym, aby robiły to jedynie te osoby, które po prostu będą miały na to ochotę.


Pytania pomocnicze:

Czy pani wychowawczyni postąpiła dobrze, zadając Joasi kłopotliwe pytania przy klasie?
Co powiedział Staszek?
Dlaczego pani nie chciała wierzyć Staszkowi?
Kim okazał się tata Staszka?
Dlaczego dzieci w końcu uwierzyły, że tatę Staszka można nazwać Supermenem?
Co zrozumiała pani?


 Garść uwag:

Dalszy rozwój tematu zależy od Was. Można poprosić uczniów o zbudowanie/narysowanie "prawdziwego bohatera" i podanie jego cech. Ja poszedłem nieco inną ścieżką. Zadałem mianowicie pytanie, czy ktoś, kto dokonuje wielkiego odkrycia, jest naukowcem lub podróżnikiem - może zostać uznany za bohatera.
Pytanie w moim przekonaniu wcale nie jest bezsensowne. Czy możemy nazwać bohaterem kogoś, kto wynalazł np. prąd elektryczny lub żarówkę? Bez wątpienia musiał pokonać wiele przeciwności, zmierzyć się z ludzką nieżyczliwością. Musiał zachować wytrwałość, mając na względzie korzyść, jaką kiedyś z jego pomysłu odniosą ludzie. Posiadał również odwagę konieczną do porzucenia utartych ścieżek. Równie dobrze mógł przecież zostać prawnikiem lub handlarzem.
Na zakończenie obejrzeliśmy film animowany o Edisonie.