Zapraszam do przeczytania wywiadu jakiego udzieliłem dla portalu społecznościowego Dict of Dreams.
niedziela, 4 stycznia 2015
piątek, 2 stycznia 2015
Kontrowersyjny temat w szkole średniej
Jak być może niektórzy wiedzą, przez pewien czas prowadziłem zajęcia z etyki w szkole średniej. Obecnie z powodu sporej ilości godzin w mojej obecnej szkole musiałem niestety z nich zrezygnować.
Czasem wracam do tamtego pouczającego doświadczenia i dzisiaj chciałem podzielić się z Wami przemyśleniami w pewnej kwestii. Przypominam sobie jedne z pierwszych zajęć, kiedy wciąż dochodzili nowi uczniowie. Wielu z nich nie miało pojęcia czym zajmuje się etyka lub filozofia.
Nie było wcale łatwo to wyjaśnić. Owszem - można zawsze podawać definicje z różnych książek. Na przykład "systematyczna, krytyczna refleksja nad bytem, poznaniem i działaniem". Lecz co takie wyjaśnienie mówi przeciętnemu szesnasto-, siedemnastolatkowi? Chyba jednak niewiele. Nie bez przyczyny pewien profesor powiedział kiedyś, że pytanie "czym jest filozofia?" samo w sobie jest problemem filozoficznym.
Niemniej nie o tym chciałem dziś przede wszystkim napisać. Wyobraźcie sobie, że na zajęciach pojawiła się grupa dziewcząt, które ze wszystkich sił pragnęły dowiedzieć się czegoś o opętaniu. Tak właśnie - o opętaniu. Muszę tutaj zaznaczyć, że w tych pierwszych dniach owe uczennice nie miały pojęcia, że w moim skromnym dorobku znajdują się także książki grozy. Grozę traktuję czysto hobbystycznie i NIGDY nie przenoszę tej sfery swoich zainteresowań na pracę w szkole. Nigdy nie rozmawiam też o moich książkach w szkole, wychodząc z założenia, że są one przeznaczone (piszę o powieściach grozy) - dla dorosłego czytelnika.
Tak czy siak pytanie pojawiło się. Oczywiście, w takich sytuacjach można schować głowę w piasek i odpowiedzieć, że program z etyki lub filozofii nie przewiduje takich zagadnień. Ale - każdy kto pracował z młodzieżą wie, że odpowiadając w ten sposób traci się autorytet i wychodzi na "sztywniaka". Młodzi ludzie zadają jakieś, w ich mniemaniu filozoficzne pytanie, a prowadzący nawet nie próbuje się do niego odnieść.
Mało tego, wyczułem, że z jakiegoś powodu (to samo w sobie jest już ciekawe) to zagadnienie bardzo interesuje wiele osób. Sporo uczniów szkoły średniej podchodzi do tematu niezwykle poważnie. Pytanie czy stoją za tym jakieś filmy, czy też może lekcje na których wiele się na ten temat opowiada (mówiąc wprost - straszy się, lub ktoś może powie "ostrzega") - pozostawię bez odpowiedzi.
Postanowiłem odnieść się do tematu z czysto filozoficznego punktu widzenia i miałem wrażenie, że niektóre osoby lekko rozczarowałem. Spodziewano się po mnie chyba jakichś mrożących krew w żyłach szczegółów, kolejnych opowieści, przestróg, grożenia palcem, itp.
Oczywiście nic takiego nie nastąpiło. Wyjaśniłem, że podobne zagadnienia wymagają wielkiej ostrożności w podejmowaniu jakichkolwiek sądów. Że większość takich przypadków to po prostu choroby psychiczne, a także niezłe pole do popisu dla... rozmaitych szarlatanów. No i oczywiście - że mamy do czynienia tylko i wyłącznie z hipotezami, które w żaden sposób nie zostały przez współczesną naukę potwierdzone. Często za podobnymi "historiami" kryją się prozaiczne motywy - takie jak chęć umocnienia wiary w zabobony, pragnienie zwrócenia na siebie uwagi, chęć przydania rangi sobie samemu jako "obrońcy przed złem" itp. itd. Wreszcie warto podkreślić "psychologiczną atrakcyjność" wiary w istnienie podobnych zdarzeń. Można bowiem w ten sposób - działaniem jakiejś "mrocznej siły" - usprawiedliwiać zło jakiego ludzie potrafią się dopuszczać.
Od wieków źródłem wielu podobnych opowieści była również ówczesna niemożliwość wyjaśnienia pewnych zdarzeń. Dlatego też uważano na przykład, nie wiedząc o istnieniu bakterii, że przyczyną choroby są grzechy lub działanie jakichś nieprzychylnych ludziom duchowych sił. To przekonanie występowało i występuje nadal w wielu kulturach, ale jego "moc" zmniejsza się wraz z rozwojem naszej wiedzy o świecie.
Nudne wyjaśnienie? Na pewno nudniejsze i mniej "ekranowe", niż wrzeszcząca i unosząca się pod sufitem nastolatka. (Notabene - większość młodzieży bezkrytycznie odnosi się do napisów typu "oparte na faktach").
Od wieków źródłem wielu podobnych opowieści była również ówczesna niemożliwość wyjaśnienia pewnych zdarzeń. Dlatego też uważano na przykład, nie wiedząc o istnieniu bakterii, że przyczyną choroby są grzechy lub działanie jakichś nieprzychylnych ludziom duchowych sił. To przekonanie występowało i występuje nadal w wielu kulturach, ale jego "moc" zmniejsza się wraz z rozwojem naszej wiedzy o świecie.
Nudne wyjaśnienie? Na pewno nudniejsze i mniej "ekranowe", niż wrzeszcząca i unosząca się pod sufitem nastolatka. (Notabene - większość młodzieży bezkrytycznie odnosi się do napisów typu "oparte na faktach").
Oczywiście, starając się patrzeć na temat możliwie obiektywnie nie postawiłem ostatecznej kropki nad "i". Otaczający nas świat nadal kryje wiele tajemnic i z pewnością nie każde zjawisko uda nam się wyjaśnić naukowo, co nie oznacza wcale, że jest ono niemożliwe do naukowego wyjaśnienia w przyszłości. Człowiek pragnie cudów i niezwykłości, ale często warto pohamować w sobie to pragnienie, nawet po to, by móc zobaczyć tą niezwykłość tam, gdzie - być może - występuje ona w rzeczywistości.
Jestem ciekaw, czy Wam (osobom, które pracują w szkołach) też przytrafiały się podobne, zaskakujące pytania...
Marcin Dolecki "Jeden z możliwych światów"
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o książce pana Marcina pomyślałem, że ktoś próbuje na polskim gruncie powtórzyć światowy sukces „Świata Zofii” J. Gaardera. Oczywiście pesymistycznie uznałem, że to nie może się udać. Polacy czytają ogólnie rzecz biorąc tytuły, które są popularne za granicą, a nie odwrotnie. Poza tym u nas w szkołach nie ma filozofii, więc zapewne mało kto sięgnąłby po taką książkę na sklepowej półce. Dla całych pokoleń Polaków jest to po prostu strata czasu. Tak zostaliśmy wychowani. Znacznie większą popularnością cieszą się książki o gotowaniu, ponieważ bardziej przydają się na co dzień. Od dawna wpajano nam "pragmatyzm", skupienie na "codziennych sprawach", jako że rzecz oczywista - głębsza refleksja może być niebezpieczna dla każdego, kto chce sprawować władzę nad innymi. U nas „Światowi
Zofii” względną nośność i reklamę zapewnił status „światowego bestsellera”. Tylko
dlatego w Polsce książka nieźle się sprzedała. Spodziewałem się czegoś podobnego - grubej powieści napisanej przez Polaka, gdzie w
fabułę wplecione są najbardziej znane teorie filozoficzne.
Otrzymałem od listonosza książkę liczącą sobie niecałe 160
stron. Jednak już od pierwszych akapitów zaczęło narastać we mnie
zaciekawienie. Okazało się, że „Jeden z możliwych światów” to książka zupełnie
inna niż „Świat Zofii” i autor wcale nie miał zamiaru podążać utartymi
szlakami.
Z
jakiegoś powodu mam silne przeczucie, że większość redaktorów ze znanych
wydawnictw odrzuciłoby tę książkę jako niezdatną do publikacji lub możliwą do
opublikowania po dużych przeróbkach. Mam wrażenie, że po prostu nie załapaliby,
o co w tej książce chodzi. Dlatego, że – takich książek się w Polsce prawie się nie publikuje, aż wreszcie zrobił to Marcin Dolecki.
Już
od pierwszych stron zorientowałem się, że mam do czynienia z opowieścią w stylu
„Małego Księcia”. Symboliczne postacie głównych bohaterów sprawiają wrażenie
„niedopracowanych”. Jest to oczywiście zabieg celowy, tak jak we wszystkich
tego typu książkach. Nie ma tu zbyt wiele miejsca na konstruowanie świata od
podstaw, monotonne budowanie fabuły i wyjaśnianie wszystkich szczegółów. Pamiętacie
„Małego Księcia”? Autor nie wytłumaczył na przykład w jaki sposób Mały Książę
porusza się w przestrzeni kosmicznej bez skafandra, nie objaśnił też, skąd
bierze żywność Pijak żyjący na swojej planecie, ani kim są jego rodzice… (już widzę te krytyczne znaki zapytania postawione na marginesach przez doprowadzonego do szewskiej pasji redaktora) Sięgając więc po „Jeden z możliwych światów”
nie spodziewajmy się klasycznej powieści z gatunku fantastyki. Mamy do
czynienia raczej z przypowieścią w której najważniejsze jest przesłanie.
Akcja rozgrywa
się w totalitarnym państwie rządzonym przez imperatora „troszczącego się o
szczęście swoich dzieci”. Głównym bohaterem jest Filip, wrażliwy i zadający
wiele pytań młody człowiek. Marzyciel zainteresowany astronomią i lubiący
wpatrywać się przez teleskop w odległe gwiazdy, być może w poszukiwaniu innych
światów niż ten, w którym wypadło mu żyć. Jego rodzice zostali uwięzieni przez
tyrana. Wydaje się, że Filip jest jednym z niewielu, którzy nie zatracili
jeszcze wiary w sens myślenia i zadawania pytań. Reszta społeczeństwa wtopiła
się w swoje zwykłe, codzienne role i stara się być jak najmniej widoczna, by
uniknąć kłopotów. W tym sensie opowieść pana Doleckiego jest zawsze aktualna.
Postać Filipa
jest dobrze skonstruowana. Jest on jakby pierwowzorem tych wszystkich młodych,
zbuntowanych ludzi, którzy zastanawiają się nad życiem, zanim codzienność
dojrzałości wtłoczy ich w swoje tryby.
Filip poznaje
piękną Julię. Niestety także oni od pierwszych kart książki zmuszeni są do
ucieczki przed aresztowaniem. Akcja staje się wartka i ma w sobie coś z
powieści sensacyjnej. Ucieczka bohaterów przybiera jednak bardzo zaskakujący
obrót… odnajdują bowiem niezwykły artefakt umożliwiający przenoszenie się w
czasie i przestrzeni oraz… spotkanie z największymi myślicielami ludzkości jak
święty Augustyn, Kartezjusz a nawet… Richard Dawkins. Każdy z nich przedstawia
bohaterom własną filozofię i swoją wizję świata.
Nie będę
oczywiście zdradzał zakończenia, ale w całej powieści widać inspirację znanym
mitem o jaskini platońskiej. Czyżby „ucieczkę” również należało rozumieć w
sensie metaforycznym? W przypowieści Platona tylko jeden spośród „niewolników”
ucieka. Reszta żyje swoimi złudzeniami i trwa w świecie, który chociaż jest
straszny – to wydaje się znany i bezpieczny. Niewolnicy złudzeń nie znają
„światła” prawdy i dobra. Tylko jeden człowiek decyduje się na opuszczenie
jaskini i – podobnie jak Filip w
opowieści pana Doleckiego – udaje się w pełną przygód i niebezpieczeństw
wędrówkę. W „Jednym z możliwych światów” ta wędrówka to spotkanie z filozofią i
jej najbardziej znanymi myślicielami.
No cóż, w tym
momencie warto przytoczyć słowa Bertranda Russella:
Człowiek, któremu obcy jest posmak
filozofowania przechodzi przez życie jako więzień przesądów przejętych ze
zdrowego rozsądku, z obiegowych wierzeń jego epoki i narodu, a także z
przekonań, które rozwinęły się w jego umyśle bez starannych dociekań czy też
wynikającej z nich aprobaty.
Zachęcam
do sięgnięcia po „Jeden z możliwych światów”. Jest napisana przystępnym
językiem, a dzięki warstwie fabularnej czyta się ją po prostu dobrze. Nadaje
się dla młodzieży i dorosłych. Symboliczny charakter opowieści sprawia, że
można wracać do niej wiele razy i pokusić się o własną interpretację. Mam
nadzieję, że przyjdą takie czasy, gdy książka pana Marcina wejdzie do kanonu
szkolnych lektur. Z pewnością na to zasługuje.
sobota, 20 grudnia 2014
Zapowiedź nowej książki "Podziemne miasto"
Zbliżają się święta, więc można na chwilę odpocząć od tematyki szkolnej i zapowiedzieć nową książkę. Planowana premiera przypada na przełom lutego i marca przyszłego roku.
Będzie to powieść grozy, której akcja rozgrywa się w Polsce, w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Miejsce - baza wojsk radzieckich w Kęszycy Leśnej, gdzie w czasie wojny znajdował się niemiecki garnizon.
Pisząc książkę sam zadawałem sobie pytanie, jak wiele jest w niej mojej własnej wyobraźni a ile historycznych faktów. Fabuła oparta jest na lokalnej legendzie mówiącej o istnieniu podziemnego miasta oraz metra zbudowanego przez hitlerowców. Nawiązuje ona jednak do rzeczywistych i dość zagadkowych tematów takich jak hitlerowskie mauzolea, fascynacja Himmlera wiedzą tajemną, poszukiwania "czegoś" w Indiach, a także dziwne zainteresowanie tajnych nazistowskich stowarzyszeń treścią starożytnych hinduskich pism. Notabene nawet sama wizyta Hindusów w garnizonie jest faktem.
Podziemia Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego, czyli Umocnionego Łuku Odry i Warty nadal kryją wiele tajemnic. Część bunkrów jest już dobrze zbadana i organizuje się w nich nawet wycieczki dla turystów. Gdybyśmy zapytali historyków i badaczy większość zapewne zaprzeczyłaby istnieniu podziemnego miasta. Niemniej ludzie w okolicy wiedzą swoje i z tych pogłosek wziął początek pomysł na książkę.
Zgodnie z legendami podziemne miasto miało być czymś znacznie więcej, niż kryjówką dla żołnierzy. Miało znajdować się tam coś niezwykle cennego. W książce zagadką interesuje się KGB, a dwaj polscy oficerowie trochę mimo woli zostają w całą sprawę wplątani.
niedziela, 19 października 2014
Lekcje etyki nie muszą być nastawione przeciw religii
Serdecznie zapraszam do przeczytania wywiadu z moją przyjaciółką dr Joanną Chrzanowską, którego udzieliła dla Gazety Wyborczej. Brawo Asiu, od zawsze uważałem, że sprowadzanie lekcji etyki lub filozofii do "antykatechezy"wynika z dużego nieporozumienia i jest zwyczajnie dla tych przedmiotów krzywdzące.
sobota, 18 października 2014
Uniwersalny temat
W życiu nauczyciela etyki przychodzi taki moment, w którym brakuje pomysłu na lekcję. Nauczyciel każdego innego przedmiotu ma w takich okolicznościach ułatwione zadanie. Poleca bowiem uczniom wyciągnięcie podręcznika, przygotowanego dla danej klasy i otwarcie go na... następnym temacie.
W przypadku etyki nie jest tak łatwo. Uczniowie uczęszczający na etykę przez kilka lat bardzo dobrze znają już obowiązujący w klasach 1-3 podręcznik Pana Marka Gorczyka.
Wtedy przydaje się jeden z "uniwersalnych tematów", któremu zawsze można nadać nowe wcielenie, nowy kierunek.
Takim tematem jest lekcja o bohaterach.
Poniżej podaję przykładowy tekst. Możecie go zmodyfikować wedle uznania, ponieważ porusza aż DWA wątki. Pierwszym z nich i głównym jest temat bohaterstwa. Drugim, w tym przypadku pobocznym - godność dziecka. Ja upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu, ale Wy możecie te kwestie rozdzielić od siebie modyfikując nieco tekst.
Supermen
Pewnego razu na lekcji pani zapytała
nas, kim są nasi rodzice. Każdy musiał wstać i głośno o tym opowiedzieć.
Osobiście uważam, że to strasznie głupie. Joasia wstała i powiedziała, że
mieszka tylko z mamą. Pani bardzo się zdziwiła i chciała koniecznie się dowiedzieć, dlaczego nie z tatą, babcią i
dziadkiem. Wtedy Joasia zrobiła bardzo smutną minę. Naszej pani wychowawczyni
chyba zrobiło się trochę głupio, bo dała wreszcie Joasi spokój.
Później jednak wstał Staszek i
powiedział coś, co wprawiło nas w osłupienie. Stwierdził z przekonaniem, że
jego tata jest Supermenem. Pani na początku robiła dobrą minę do złej gry.
- No, Staszek, fajny żart, ale
powiedz wreszcie prawdę! – powiedziała.
- Mówię najprawdziwszą prawdę –
odparł Staszek.
- No to zobaczymy! – Nasza
wychowawczyni nie lubiła dawać za wygraną. – Zapraszam twojego tatę na następne
zajęcia. Niech pokaże nam te swoje super-moce, zaprezentuje jak lata po klasie
i przecina laserem, który ma w oczach -nawet najtwardszą stal.
Nasza pani najwyraźniej widziała co
najmniej jeden film o Supermenie.
Na następną lekcję czekaliśmy w
wielkim napięciu. Niby nikt nie wierzył w tajemnicze słowa Staszka, ale
przecież… nigdy nie wiadomo. A jeśli… tata Staszka rzeczywiście okaże się
Supermenem? Wleci do klasy i pokaże nam swoje super-zdolności?
Następnego dnia wszyscy siedzieli jak
na szpilkach. Nagle drzwi się otworzyły.
- Tata! – Zawołał Staszek.
Wszyscy jak jeden mąż spojrzeliśmy w
stronę drzwi. Stał tam niewysoki, lekko już łysiejący człowiek w średnim wieku.
Na głowie miał kask i ubrany był w mundur z dużym, odblaskowym napisem
„STRAŻ”.
- No i gdzie ten Supermen? – zawołał
jeden z moich klasowych kolegów, Jacek.
Pani jednak nic nie powiedziała,
tylko otworzyła ze zdziwienia usta. Potem skinęła lekko głową, co chyba miała
oznaczać „proszę, niech pan mówi”.
Tata Staszka pokazał nam swój hełm i
specjalny toporek. Zaczął opowiadać o tym, jak wstąpił do straży pożarnej, bo
chciał pomagać innym ludziom. Mówił o trudnych akcjach, kiedy trzeba było
ratować ludzi z pożarów, poszukiwać zaginionych osób, a także pomagać ofiarom
różnych wypadków. Na koniec opowiedział nam trochę zabawną historyjkę, kiedy
razem z kolegami musiał ściągać z drzewa małego kotka, który najwyraźniej bał
się samemu zejść na dół. Kotkowi oczywiście nic się nie stało i bezpiecznie
wrócił do swojej zachwyconej właścicielki.
Nigdy tego wcześniej nie robiliśmy,
ale na zakończenie wszyscy zaczęli bić brawo. Ojciec Staszka lekko się
zarumienił.
Potem w klasie zapadła cisza. Wszyscy
spojrzeliśmy wyczekująco na naszą panią wychowawczynię. Nie wiadomo dlaczego
wyglądała, jakby czegoś się wstydziła.
- Dziękuję tacie Staszka –
powiedziała – to, co nam opowiedział, było bardzo ciekawe. Muszę powiedzieć, że
Staszek miał rację, jego tata rzeczywiście jest Supermenem. Każdy, kto potrafi
pomagać innym w potrzebie może nim być. I jeszcze jedno. Kiedy następnym razem
będziemy opowiadać o rodzinie, chciałabym, aby robiły to jedynie te osoby,
które po prostu będą miały na to ochotę.
Pytania pomocnicze:
Czy pani wychowawczyni postąpiła dobrze, zadając Joasi
kłopotliwe pytania przy klasie?
Co powiedział Staszek?
Dlaczego pani nie chciała wierzyć Staszkowi?
Kim okazał się tata Staszka?
Dlaczego dzieci w końcu uwierzyły, że tatę Staszka można
nazwać Supermenem?
Co zrozumiała pani?
Dalszy rozwój tematu zależy od Was. Można poprosić uczniów o zbudowanie/narysowanie "prawdziwego bohatera" i podanie jego cech. Ja poszedłem nieco inną ścieżką. Zadałem mianowicie pytanie, czy ktoś, kto dokonuje wielkiego odkrycia, jest naukowcem lub podróżnikiem - może zostać uznany za bohatera.
Pytanie w moim przekonaniu wcale nie jest bezsensowne. Czy możemy nazwać bohaterem kogoś, kto wynalazł np. prąd elektryczny lub żarówkę? Bez wątpienia musiał pokonać wiele przeciwności, zmierzyć się z ludzką nieżyczliwością. Musiał zachować wytrwałość, mając na względzie korzyść, jaką kiedyś z jego pomysłu odniosą ludzie. Posiadał również odwagę konieczną do porzucenia utartych ścieżek. Równie dobrze mógł przecież zostać prawnikiem lub handlarzem.
Na zakończenie obejrzeliśmy film animowany o Edisonie.
piątek, 3 października 2014
Dziękuję za wiadomości
Dobrze zrobiłem, że umieściłem na swoim blogu formularz kontaktowy. Dziennie otrzymuję po kilkanaście wiadomości. Według mnie jest to sporo, zwłaszcza, że cztery lata temu, kiedy założyłem tego bloga, nie pisał do mnie pies z kulawą nogą. Dziękuję za mejle i wiele miłych słów. Cieszę się, że mój blog podsuwa pomysły na lekcję nauczycielom etyki.
Zaczynam nawet myśleć o napisaniu jakiejś książki - podręcznika, w którym można by zebrać wszystkie bardziej udane pomysły.
Czekam na wiadomości od Was, również te krytyczne. One także są potrzebne. Nauczanie etyki w szkołach jest u nas nadal pionierskim zajęciem. Dlatego z pewnością wiele rzeczy można robić lepiej.
No cóż - na koniec bardziej przykra sprawa... część wiadomości to prośby o plany wynikowe, plany rozwoju osobistego nauczyciela i inne "gotowce". Nie żebym nie był koleżeński... ale szanujmy się nawzajem. Mimo najlepszych chęci nie mam aż tyle czasu, aby wypełniać dokumenty za innych. Zachowajmy pewną klasę. W końcu jesteśmy... nauczycielami. Ten blog ma przede wszystkim dotyczyć treści zajęć z etyki i tematów jakie na etyce można poruszyć z uczniami, a nie absurdalnej papierologii, która w mojej opinii jest przekleństwem polskiej szkoły.
Załącznik do wklejki 4, tekst o Azorze, do użytku w starszych klasach
Trudno
wyobrazić sobie większy zachwyt niż ten, jakiego doświadczył Tomek na widok
nowego prezentu od rodziców. Ten prezent był inny od wszystkich. Był żywy.
- To twój nowy przyjaciel –
powiedziała mama, a pies podbiegł do Tomka i polizał go po twarzy wachlując
ogonem. – Jest twoim przyjacielem, a więc musisz o niego dbać – dodała.
- Tak jest – odparł chłopiec z
przekonaniem – wyprowadzanie psa na spacer, zabawa, dokładanie karmy do miski
to sama przyjemność.
Mijały
tygodnie podczas których pies coraz bardziej spowszedniał Tomkowi. Zabawy
stawały się coraz bardziej monotonne, chłopcu nie zawsze chciało się
wyprowadzać wilczura na spacer, szczególnie wtedy gdy padał deszcz lub w telewizji
leciały „Przygody Hulka Niewyobrażalnego”. Pies stał wtedy przed drzwiami i
wpatrywał się w Tomka smutnym wzrokiem.
-
To twój przyjaciel – upomniała go mama – przyjaźń to niestety także obowiązki.
Tomek
wiedział, że mama ma rację. Dorośli często miewają rację, zwłaszcza rodzice,
ale przecież to co trzeba zrobić, nie
zawsze jest przyjemne.
Niebawem w
życiu Tomka nastąpiła jeszcze większa zmiana. Na urodziny otrzymał od taty Boba
– plastikowego robota mówiącego ludzkim głosem. Podobno kosztował aż tysiąc
złotych!
- Hej Bob,
siema – powiedział Tomek
- Witaj Tomek – odparł Bob podnosząc rękę i wprawiając chłopca w zachwyt.
Była to
naprawdę niezwykła zabawka. Potrafiła nie tylko powiedzieć kilkaset zdań, ale
nawet wykonywać komendy głosowe. Kiedy Tomek zawołał „ognia, Bob!”, ten unosił
uzbrojoną w laserowy karabin rękę i dawał krok do przodu. Słychać było odgłosy
wystrzałów, a umieszczona na końcu karabinu mała dioda imitowała błysk płomienia. Boba można było rozkładać i składać na nowo. Był Bob policjant, Bob
żołnierz, Bob strażak. Nikt nie mógł równać się z plastikowym Bobem, który
niebawem stał się obiektem zazdrości kolegów.
Tomek szybko
zapomniał o swoim dawnym przyjacielu, Azorze. Pies właściwie przestał dla niego
istnieć. Można nawet powiedzieć, że zaczął zawadzać.
Pewnego wieczoru Tomek został zupełnie sam w domu. Rodzice wybrali się do kina. Azor spał
przy drzwiach, zupełnie zapomniany i porzucony jak stara zabawka, która się znudziła. Nagle chłopiec posłyszał jakiś niepokojący szelest. Mogło to być cokolwiek. Ściszył zupełnie telewizor, w którym leciały
właśnie przygody Hulka Niewyobrażalnego. Nasłuchiwał. W łazience kapał
niedokręcony kran. Gdzieś w rurach zaszumiała cicho woda. Za oknem powoli
wzmagał się wiatr, a gałęzie rosnącego za oknami domu drzewa rzucały na ściany
dziwne, niepokojące cienie.
W kącie pokoju
stała szafa – wielka i milcząca. Musiało to zbyć złudzenie, a jednak – w jej
głębi coś zatrzeszczało. Cóż może kryć się w takiej wielkiej, starej, milczącej
szafie? Możliwa odpowiedź jest tylko jedna – lepiej się nad tym nie
zastanawiać. Bo jeśli się człowiek zacznie nad tym zastanawiać, strach sprawi,
że nie będzie mógł nawet uciekać.
Łóżko!,
pomyślał Tomek, wejdę pod łóżko i tam zaczekam na rodziców. Jednak i pod
łóżkiem coś mogło się skryć, przyczajone, cierpliwe i nieskończenie straszne.
Nagle w całym
domu zgasło światło. Z telewizora znikł Hulk Niewyobrażalny. Tomek został sam.
Nikt ani nic nie mogło mu pomóc.
Stuk-stuk.
Ktoś zapukał palcami w szybę. Cicho i – w pewnym stopniu – żartobliwie. Tak,
jakby doskonale wiedział, że Tomek jest zupełnie sam i cieszył się, że chłopiec
jest tak bardzo przestraszony.
Stuk – stuk,
mówiło to stukanie, "wiem że tam jesteś. Więc lepiej otwórz, póki grzecznie
proszę, bo inaczej będę stał tu i stukał do sądnego dnia, gdy skończy się czas i zatrzymają się wszystkie zegary".
Tomek spojrzał
w okno, chociaż wcale nie miał na to ochoty. Bał się tego, co może za nim
ujrzeć, tam, na dworze, gdzie była ciemność i wiatr. I wtedy to zobaczył. Ponura postać w kapeluszu i czarnym płaszczu zaglądała do środka.
Nie będziemy
opisywać tutaj jak dokładnie wyglądała ta postać, ponieważ większość z Was nie mogłaby potem
zasnąć. Nie spalibyście długimi nocami, tygodniami, i z pewnością – nie doprowadziłoby
to do niczego dobrego. Być może nie zasnęlibyście nawet do końca życia. Wystarczy powiedzieć, że Tomek bardzo głośno wrzasnął. Krzycząc
zawołał swojego najlepszego przyjaciela, plastikowego Boba.
- Bob! Na
pomoc!
Bob Plastikowy
nie mógł jednak nic zdziałać. Był przecież tylko zwykłą zabawką.
W domu jednak znajdował się jeszcze ktoś inny.
Czarna
błyskawica przemknęła przez pokój i wystrzeliła w stronę okna. Pies Azor
zaniósł się głośnym ujadaniem. Wynoś się! Precz intruzie!
Ciemny kształt
zza okna zniknął błyskawicznie. Do uszu Tomka dobiegł trzask łamanych w
pośpiesznej ucieczce gałęzi. Tajemniczy człowiek zza okna – kimkolwiek był –
uciekł w popłochu.
Tomek podbiegł
do Azora i złapał go mocno za szyję. Czuł się bezpiecznie przy swoim obrońcy,
zapach sierści psa i wyczuwalne mocne bicie jego serca napełniały chłopca
spokojem.
Niebawem
powrócili rodzice. Tata naprawił bezpieczniki i w całym domu znów zrobiło się
jasno. Tomek opowiedział swoją przygodę. Tata wyszedł przed dom i długo nie
wracał. Kiedy w końcu się pojawił, powiedział wpatrując się za okno, a może gdzieś znacznie, znacznie dalej:
- Wszystko jedynie ci się wydawało. Nikogo tu nie było.
Nazajutrz
jednak Tomek poszedł do ogrodu. Azor mu towarzyszył. Chłopiec spostrzegł stratowane ciężkimi butami rabaty z
kwiatami. Zrozumiał, że tata nie
powiedział mu całej prawdy. Była to pierwsza w jego życiu lekcja dorosłości. Pochylił się nad psem i przytulił go mocno do
siebie.
- Dziękuję,
Azor – wyszeptał mu do ucha – teraz wiem, że nie Plastikowy Bob, ani nie Hulk
Niewyobrażalny są moimi najlepszymi przyjaciółmi, ale ty. Ponieważ ty jesteś
prawdziwy.
Prawdziwy przyjaciel
|
Wklejka nr 4 – Wklej kartkę do swojego
zeszytu od etyki. To jest Twoja notatka z lekcji.
Temat: czym jest przyjaźń?
1. Skąd się biorą przyjaciele?
2. Jak znaleźć sobie przyjaciela?
3. Czy wolno donieść na przyjaciela, jeśli zrobił coś złego?
4. Jak poznać prawdziwego przyjaciela?
5. Kiedy przydają się przyjaciele?
6. Jaki powinien być prawdziwy przyjaciel?
7. Czy każda przyjaźń jest dobra?
8. Czy przyjaciółmi jest się na całe życie?
9. Czy przyjaźń jest sztuką, której można się uczyć?
10. Czy należy wybaczyć przyjacielowi?
11. Czy przyjaciela można kupić w sklepie?
12. Czy zwierzę może być przyjacielem?
13. Czy animowane zwierzątko w telefonie może być przyjacielem?
14. Czy w Internecie można poznawać prawdziwych przyjaciół?
15. Na co trzeba uważać przy doborze przyjaciół?
16. Czy aby mieć przyjaciela trzeba posiadać dużo pieniędzy?
17. Czy przyjaciela można stracić?
18. Czy warto go mieć, jeśli można go stracić?
19. Czy da się żyć bez przyjaźni?
20. Czy przyjaźń może być większa lub mniejsza?
21. Kiedy trzeba zerwać przyjaźń?
Zadanie – „mapa
przyjaźni”, rysunki „mój najlepszy przyjaciel”. Dla IV-VI analiza krótkiego
tekstu o Azorze.
|
poniedziałek, 29 września 2014
Budowla z kart i ekosystem
Ostatnio wparowałem na lekcję uzbrojony w talię kart do gry. Zadanie od którego rozpoczęliśmy zajęcia polegało na zbudowaniu dowolnej, jak największej konstrukcji z kart do gry. Przyznam, że wielu osobom wyszło to całkiem nieźle. Potem należało wyjmować po jednej karcie, możliwie jak najostrożniej, tak aby budowla się nie zawaliła. Zwykle katastrofa następowała już po wyjęciu jednej karty.
Zabawa miała na celu zilustrować działanie ekosystemów - wystarczy zniszczyć jakiś element, wytrzebić gatunek roślin lub zwierząt, zbyt mocno zaingerować w świat przyrody - aby konsekwencje dla całości stały się bardzo złe. Można wyobrazić sobie, że człowiek jest jedną z tych kart tkwiących w skomplikowanej konstrukcji, której równowagę bardzo łatwo jest bezpowrotnie naruszyć.
Myślę, że to fajna, dająca do myślenia przenośnia. Zamiast kart można użyć np. zapałek.
Myślę, że to fajna, dająca do myślenia przenośnia. Zamiast kart można użyć np. zapałek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


